Maria Rataj

 

Maria Rataj nie była poznańską artystką, edukatorką, działaczką społeczną, nie bywała na salonach, ani nawet nie miała znanego męża. Pomimo braku takich informacji w jej życiorysie – albo właśnie dlatego – osoba tejże kobiety jest warta opisania i zapamiętania.

Myszka, z urodzenia Kaliszanka, przyszła na świat 6 lipca 1918 roku, jednak to Poznań stał się jej przestrzenią życiową aż do śmierci w 8 czerwca 1995 roku. Tak o nim pisze:

Poznań, to miasto przygarnęło mnie do siebie. Zależnie od kaprysu to gnało ulicami do utraty tchu, skręcając kiszki z głodu, to niby sadysta odsłaniało przed młodocianymi oczyma dzieje grzechu, jęk, ciemnych zaułków, lub oczarowywało blaskiem neonów i dobrobytu. Nie tylko w mieście miałam rodzica, bo znalazłam prócz rodzonej, jeszcze drugą matkę, Wartę.

W „pakiecie” od rodziców dostała wyjątkowy zestaw genów: matka Niemka, spokrewniona była z zacnymi rodami Hindeburgów i Stolzbergów. Z kolei od strony ojca Polaka odziedziczyła dodatkowo rosyjskie korzenie, gdyż babka była rodowitą Kijowianką z rodu Carewiczów. Lecz „Was heisst Titel ohne Mittel”1? Porzucona przez ojca i wychowywana przez niestroniącą od alkoholu matkę, Maria już w wieku sześciu lat musiała zmierzyć się dorosłymi problemami. Oprócz zajmowania się młodszym bratem Bolesławem, wzięła na siebie obowiązek dostarczania do domu opału i jedzenia, dbania o pokój i zarobku (sprzedawała włoszczyznę, cukierki i chodziła) na posyłki. Jeszcze przez długi czas nie skończyły się kłopoty finansowe w domu Ratajów. Maria służyła jako pomoc domowa, sprzątaczka w szkole czy przy oporządzaniu zieleni miejskiej. Paradoksalnie, sytuacja życiowa Marii polepszyła się wraz z nadejściem II Wojny Światowej. W trosce o swoich dwóch synów, podpisała Volkslistę, jednak potajemnie wspierając Polaków.

Powyższy opis jest zbyt krótki na to by przedstawić wszystkie zawiłości losów Marii Rataj. Przede wszystkim brakuje tutaj emocjonalnego stosunku do miasta, w którym przyszło jej przeżywać dobre i złe chwile. Jeśli chcemy lepiej poznać naszą bohaterkę najlepiej sięgnąć po jej autobiografię „Grzeszne miasto”. Fragmenty jej wspomnieć wykorzystamy również podczas Gry miejskiej!!!

 

1 Co znaczy tytuł bez środków/majątku.

Towarzystwo ,,Warta”

ObrazekNa moment cofnijmy się w czasie. Jest rok 1894. Właśnie powstała w Poznaniu hakata – organizacja, której podstawowym celem była ostateczna germanizacja ziem polskich w zaborze pruskim. W tym momencie każda kobieta z tzw. ,,wyższych sfer” otrzymuje list, a w nim zaproszenie do przystąpienia do – jeszcze tajemniczo brzmiącego, co się niedługo zmieni – Towarzystwa ,,Warta” oraz statut organizacji. Podpisane pod listem działaczki informowały we wspomnianym piśmie m.in., że ,,celem Towarzystwa […] jest udzielanie opieki dzieciom takowej potrzebującym, a środkiem najważniejszym do dopięcia jego zachęta wzajemna do prywatnego uczenia dzieci w granicach przez prawo dozwolonych, urządzanie zabaw i majówek dla dzieci, popieranie kolonii feryjnych itp.”.

Czy podpisane pod listem kobiety rzeczywiście w pełni oddały charakterystykę funkcjonowania ,,Warty”? Nie do końca. W rzeczywistości działaczki (,,Warta” była organizacją wyłącznie kobiecą, co w tamtych czasach stanowiło fenomen) skupione wokół Towarzystwa narażały się każdego dnia, zajmując się przede wszystkim tajnym nauczaniem dzieci języka polskiego. Już w 1898 r. zaczęły się represje względem ,,Warcianek” – nałożono na działaczki pierwsze kary grzywny, a Janina Omańkowska, zastępczyni przewodniczącej, za niezapłacenie kary trafiła do więzienia i otrzymała zakaz nauczania. Z nieprzychylnym stosunkiem władz do swojej działalności kobiety musiały zmagać się aż do odzyskania przez Polskę niepodległości, a jednak nie zaniechały swojej działalności. Szczególnie narażona na represje była wieloletnia przewodnicząca stowarzyszenia, Aniela Tułodziecka, która w 1913 r. po procesie sądowym została skazana na 12 dni więzienia albo 60 marek grzywny i – nie godząc się z wyrokiem i odmawiając zapłaty kary – dobrowolnie udała się do aresztu. Opuszczenie przez nią więzienia 14 czerwca 1913 r. stało się okazją do demonstracji patriotycznej – policja oszacowała zgromadzenia na około 2 tysiące osób.

6 października każdy uczestnik gry ,,Pozgranianki” otrzyma zaproszenie na zebranie ,,Warty”.  Serdecznie zachęcamy do skorzystania z niego, by choć przez chwilę odczuć atmosferę, jaka towarzyszyła spotkaniom tych dzielnych Poznanianek.

Kazimiera Pajzderska

 

Urodzona została (w Buczaczu) w tym samym roku, co Kazimierz Malewicz, Witold Wojtkiewicz czy Paul Klee i wtedy, gdy tworzyli Edgar Degas czy Józef Chełmoński – w 1879 roku. Żyła w ciągu kilku epok artystycznych. Dwukrotnie wychodziła za mąż. Obracała się w artystycznym świecie Poznania (od 1911 roku, tj. od momentu zamieszkania tu). Zmarła jeszcze przed rewolucją obyczajową na Zachodzie, przed III Rzeczpospolitą, przed Euro, przed powstaniem Pracownik Krytyki Feministycznej na UAM w Poznaniu – w roku 1959.

Była artystką: rzeźbiarką i malarką. Studiowała we Lwowie i w Paryżu w Académie Collarossi. Swoje prace wystawiała chociażby w paryskim Salon des Artistes Français, warszawskiej Zachęcie lub, co interesujące, na wystawie Artystek Polskich w Bydgoszczy (w 1931 roku).

Była aktywną działaczką Stowarzyszenia Artystów Wielkopolskich. Miał przyjemność być jej mężem Nikodem Pajzderski, historyk sztuki; ona wykonała poświęconą mu tablicę pamiątkową, która znajduje się na terenie Muzeum Narodowego.

Kazimiera Pajzderska była też edukatorką: przez pewien czas prowadziła wieczorowe kursy rysunku dla młodzieży pracującej.  

A co interesowało ją jako artystkę? Niewątpliwie była pasjonatką impresjonizmu, zwłaszcza na początku swej pracy artystycznej. Jej pierwsze rzeźby utrzymane są w tej właśnie stylistyce. W dwudziestoleciu międzywojennym, mieszkając już w Poznaniu, wykonała wiele prac o charakterze narodowym, przykładami są płaskorzeźby powstańców wielkopolskich czy płaskorzeźba na fasadzie Pomnika Serca Jezusowego w Poznaniu. A jako malarka uwielbiała malować kwiaty.

Jej mąż ma swoją ulicę w Poznaniu. A ona – czy została zapamiętana przez Poznań? 

 

Poznańskie mistrzynie futbolu stołowego

 

 Ze świata historii, wspomnień i tajemniczych opowieści przenosimy się do czasów zupełnie nam bliskich. Przepychamy się wśród tłumu, biegamy po zakorkowanych ulicach, a wolne chwile spędzamy wśród kawiarnianego gwaru lub też w głośnym pubie. Pośród zgiełku i szumu, w radosnej atmosferze, relaksujemy się i spotykamy z przyjaciółmi. Dla rozrywki, spędzając miłe chwile w gronie znajomych, gramy w piłkarzyki… Scena jakże normalna, jakże powszechna!

Trambambula, futbol stołowy, piłka stołowa. Wszystko brzmi znajomo, może oprócz egzotycznej trambambuli, która znaczy tyle samo, co jakże popularne piłkarzyki. Pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi nam na myśl jest następujące: forma rekreacji, zabawa, ulubione zajęcie męskiej części społeczeństwa podczas spotkań w pubie. Nic bardziej mylnego! Piłkarzyki stają się coraz bardziej popularną dyscypliną sportową, coraz bardziej popularną wśród kobiet. Szczególnie zaś upodobały ją sobie Agnieszka Rutowska i Agata Ćwiąkała, mistrzynie świata w futbolu stołowym kobiet oraz pięciokrotne mistrzynie Polski!

Na co dzień mieszkają w Poznaniu, pracują. Swoją przygodę z futbolem stołowym rozpoczęły właśnie od spotkań w gronie znajomych. Z czasem ta zabawa przerodziła się w prawdziwą pasję. Postanowiły one uprawiać piłkę stołową profesjonalnie. Poznały się już podczas treningów, razem uczęszczały na turnieje organizowane przez Wielkopolską Ligę Piłki Stołowej. Trenowały ciężko, 3 lub 4 godziny dziennie. Oczywiście nie obeszło się bez siniaków, zadrapań, kontuzji, potu i wielu wyrzeczeń, na przykład Agnieszka Rutowska po 15 latach profesjonalnych treningów zrezygnowała z tańca w zespole ludowym.

Osiągnęły największy z możliwych sukcesów. Nie straszna im prawdziwa rywalizacja, stres, liczne wyrzeczenia. Czasami bywa nawet tak, że grają przeciwko sobie w singlu, by następnie po upływie zaledwie godziny, w duecie walczyć o finał. Nie mają czasu na kłótnie, tworzą perfekcyjnie zgrany zespół. Dziewczyny strzelają gole do bramek swoich przeciwników i przeciwniczek tak szybko, że ci nawet nie zdążą się zorientować. Nie boją się uczestnictwa w świecie, który z pozoru mógłby wydawać się dla nich, jako kobiet, niedostępny. Jak mówi Agata Ćwiąkała: „Kiedy gra się z chłopakami, dziewczyny często są na początku wyrzucane na obronę. Bo z założenia są słabsze, a poza tym męska ambicja nakazuje strzelać gole. Ja też wolę być atakerem.”

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o mistrzyniach piłki stołowej, zachęcamy do obejrzenia tego wideo:

http://poznan.gazeta.pl/poznan/10,88284,8942747,Rozmowa_z_mistrzyniami_swiata_w_pilkarzykach_stolowych.html

Natomiast co takiego wydarzy się podczas gry miejskiej? Może w mieście zagości sportowy duch i na te kilka godzin Poznań zamieni się w boisko, na którym drużyny stoczą zaciętą walkę o ciekawe nagrody? A może będzie miało miejsce coś zupełnie innego? Już 6 października wszystko się wyjaśni…

Maria Wicherkiewiczowa prywatnie

 

Gustowne wnętrze, które widzicie na fotografii, należało do rodziny Marii Wicherkiewiczowej ze Sławskich. Mieściło się na pierwszym piętrze kamienicy na skrzyżowaniu ul. Św. Marcin i Al. Marcinkowskiego – z widokiem na kościół i gabinet okulistyczny Wicherkiewicza. Z tego punktu miasta Maria ze Sławskich miała blisko do Archiwum Miejskiego, gdzie spędzała długie godziny badając przeszłość Poznania, na Stary Rynek, który ceniła za renesansową architekturę oraz do Pałacu Górków, o której to rodzinie napisała powieść Łódź w purpurze. Dziś jest znana przede wszystkim jako autorka monografii Rynek poznański i jego patrycjat, wznowionej przez poznańskie Wydawnictwo Miejskie. Trzy utwory Wicherkiewiczowej, krótkie, a treściwe broszury oraz pewną balladę można przeczytać on-line – znajdują się w zasobach Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej.

Polecamy zwłaszcza Dawne kawiarnie w Poznaniu:

http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/doccontent?id=14379&from=FBC

Obraz, który można dostrzec na fotografii (na ścianie po lewej stronie), jest portretem Marii Wicherkiewiczowej. Obecnie należy do zbiorów Muzeum Sienkiewicza w Poznaniu, ale ponieważ muzeum jest w remoncie, nie można go w tej chwili obejrzeć. Za to archiwum pisarki – jej wspomnienia, rękopisy, notatki i fotografie, znajdują się w zaprzyjaźnionej z Kolektywem instytucji. Jakiej – dowiecie się 6 października… Przy okazji spotkacie osobę, która swego czasu napisała pracę magisterską o Bibiannie Moraczewskiej i tak jak Maria Wicherkiewiczowa swoje zawodowe życie związała ze starymi drukami.

 

Jadwiga Żylińska

Mimo że jestem Poznanianką, jestem raczej lekkomyślna, nauczona doświadczeniem, że na dalszą metę ani planować, ani zabezpieczyć się nie można” – wyznała Jadwiga Żylińska w liście do Hanny Malewskiej 4 VI 1968 roku.

Była nowoczesną intelektualistką i autorką poczytnych utworów historycznych (powieści, opowiadań, esejów). Żyła 99 lat, głównie w Warszawie, ale do Wielkopolski powracała nieustannie w swoich wspomnieniach i pracach literackich. To przecież w Wielkopolsce, przed wiekami, nastąpił akces słowiańskiego szczepu do chrześcijańskiego uniwersum, tutaj po wyzwoleniu w 1918, a zwłaszcza po drugiej wojnie, można było wziąć głęboki oddech – i poprzez architekturę, zwyczaje mieszkańców, sposób sprawowania władzy i kuchnię – poczuć wielki świat. Przynajmniej według Żylińskiej, która przez całe życie Wielkopolskę… miłowała. Trudno inaczej określić silny, nieprzerwany i, przede wszystkim, wyrażany wielokrotnie w tekstach, stosunek do rodzinnych stron.

Wielkopolska była dla niej synonimem uporządkowania (także klarowności wywodów), rzetelności, pracowitości i rozsądku (jedyne udane powstanie), elegancji i dobrego smaku. Co prawda urodziła się we Wrocławiu (a pod koniec życia, na przekór wszystkim, pisała: Jestem Ślązaczką), ale wczesne dzieciństwo spędziła w Ostrzeszowie, miasteczku położonym na południe od Ostrowa Wielkopolskiego, gdzie uczęszczała do gimnazjum. I chociaż najkrócej mieszkała w kolebce Okolicy Poetów (jej rodzice wyprowadzili się stamtąd, gdy miała 4 lata), właśnie te przestrzenie pozostały najbliższe jej sercu.

Poznań nazywała zawsze miasteczkiem akademickim, a atmosfera i zabudowa miasta przypominała się pisarce w Uppsali i Sztokholmie, nigdy w Warszawie. 10 lutego 1977 roku wysłała Hannie Malewskiej pocztówkę z fotografią Collegium Minus – została zaproszona do Poznania na wieczór autorski – gdzie pisała: „Dla mnie Poznań jako moje miasto uniwersyteckie jest niezwykle bliski… Chodzę po tropach mojej młodości. Zamek, gdzie zadawałam egzaminy jest zamieniony na Dom Kultury, i ulice mają pozmieniane nazwy”.

Otagowane , ,

Poznański skarb: Sofonisba Anguissola

Poznań nie zawsze wie, jakie skarby posiada. Poznań nie zawsze zna swoje tajemnice. A tych tutaj – niemało.

Oto więc i ona – Sofonisba Anguissola, kobieta (niewątpliwie) o pięknie brzmiącym imieniu i nazwisku (niewątpliwie). Kojarzy się z przeszłością, całkiem słusznie. Kto teraz nadaje takie imiona, kto teraz nosi włoskie nazwiska w Poznaniu? Zatem: Sofonisba Anguissola, artystka renesansowa. Mało by powiedzieć, jeśli by poprzestać na tym.

Otóż, proszę pań i panów, to jedna z pierwszych malarek na świecie! Tych, które zachowały się w kanonie, które mogły tworzyć na dworach, które zostały przez artystów-mężczyzn zaakceptowane w świecie sztuki i które – bo od tego wszystko się zaczyna – mogły się edukować.

Kobieta, jednym słowem, niezwyczajna. Kobieta, której się poszczęściło: bo mogła się kształcić (wywodziła się z arystokratycznego rodu o artystycznych inklinacjach), bo mogła być tą, którą być chciała (miała wsparcie najbliższych, zwłaszcza ojca, który sakwę swą chętnie otwierał).

Dziś jej dzieła oglądać można w najznamienitszych muzeach, chociażby w Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, w Muzeum Prado w Madrycie czy w Galerii Uffizzi we Florencji. A kiedyś – kto ją oglądał i kto podziwiał?; bo była cenioną, absolutnie świetną artystką. Ci artyści, których powszechnie znamy: Michał Anioł,  Peter Paul Rubens czy Anthony van Dyck (udał się do niej, by prosić – jako mistrzynię – o rady dotyczące dobrego malowania). To może teraz, pięć wieków później, my porozmawiajmy i pomyślmy o niej?

Czy przebywała kiedyś w Poznaniu? Raczej wątpliwe. Choć zostawiła tutaj, w tym prowincjonalnym podówczas mieście, swój ślad, mimo że nieświadomie. Mamy więc zaszczyt zupełnie niebywały posiadać w Muzeum Narodowym (dzięki zakupieniu przez Atanazego Raczyńskiego w XIX wieku) jej bodaj najpiękniejszy obraz, a zapewne też – jeden z najbardziej znanych: Grę w szachy (z 1555 r.). Co ciekawe, jego tytuły czasem różnią się między sobą; obraz wiruje sobie swobodnie w świecie. Gra w szachy przedstawia trzy siostry Sofonisby – Lucię, Minervę i Europę, grające właśnie w szachy w pięknych sukniach na tle delikatnego, dość szczegółowego pejzażu.

Z czego znana jest w świecie sztuki Sofonisba Anguissola? Przede wszystkim z portretów. Powód jest dość oczywisty, choć nie zawsze się o nim wie lub pamięta: w XVI wieku uważano (tj. mężczyźni, tworzący kodeksy, choćby obyczajowe, uważali), że kobietom nie przystoi oglądać nagich mężczyzn. Toteż Sofonisba Anguissola mogła ćwiczyć swój warsztat i kunszt artystyczny na tym, co zakryte (portrety) i co martwe (martwa natura).

Żyła bardzo długo, ponad 92 lata: urodzona została ok. 1532 roku w Cremonie, a zmarła – jako osoba niewidoma – w 1625 roku w Palermo. Szkoda, żeby umierała w naszej pamięci. Zbyt cenna jest: dla kultury i dla Poznania.

Otagowane , , , , , , , , ,

Ludwika Radziwiłłowa i jej szkoła

Każdy poznaniak zna jedno z najstarszych w stolicy Wielkopolski liceum – Dąbrówkę. Patronka szkoły jednoznacznie kojarzy się z czasami Piastów, a więc z pierwszym, jakże doniośle zapisanym w świadomości Polaków, okresem funkcjonowania naszego państwa. Tymczasem niewiele osób zdaje sobie sprawę, że początkowo placówka ta nosiła nazwę Louisenschule i nigdy by nie powstała, gdyby nie wpływ jej pierwszej protektorki – księżnej Ludwiki Radziwiłłowej, żony namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego.

W Prusach Południowych słabo rozwijało się szkolnictwo żeńskie, co tłumaczy się przede wszystkim konserwatyzmem w zapatrywaniu polityków pruskich odnośnie do kwestii wychowania kobiet, a także brakiem pieniędzy w rządzie pruskim. Polacy, mając świeżo w pamięci tradycję Komisji Edukacyjnej, kładli duży nacisk na to, by dostęp do edukacji miały również dziewczynki. Izba Edukacyjna Wielkiego Księstwa Warszawskiego na posiedzeniu z dnia 7 stycznia 1812 r. poruszyła ten problem i Rada Dozorcza złożona z najbardziej światłych kobiecych umysłów tamtej epoki (w tym gronie znajdowały się m.in. ks. Izabela Czartotyska, Maria Wirtemberska i Teresa Łubieńska) ułożyła regulamin dla szkół i pensji, który został uznany za obowiązujący dla wszystkich szkół żeńskich.

Szybko na terenie całego kraju zaczęły powstawać placówki edukacyjne przeznaczone dla dziewcząt, a w Poznaniu pierwsza taka szkoła została założona już w marcu 1813 r. przez Jana Samuela Kaulfussa, późniejszego dyrektora gimnazjum poznańskiego. Niestety nie udało się Kaulfussowi uzyskać pożyczki państwowej i jego szkoła upadła. Zapotrzebowanie na tego typu placówkę nadal istniało i w 1829 r. wpłynęła doi władz Księstwa petycja rodziców o utworzenie wyższej szkoły dla dziewcząt. Udało się uzyskać zgodna inicjatywę prywatną i dzięki zbiórce pieniędzy (zebrano 500 talarów) szkoła została otwarta 13 stycznia 1830 r.

Jednakże placówka nie mogła by funkcjonować, gdyby nie protektorka Zakładu, księżna Ludwika. To ona wyjednała u króla zarówno doraźną pomoc finansową, jak i darowiznę w postaci majątku poklasztornego, co zapewniło szkole funkcjonowanie przez długie lata. Zasługi Ludwiki będzie mógł odczuć na własnej skórze każdy uczestnik wycieczki 6 października, kiedy to w Pałacu Górków (dawnej siedzibie szkoły) weźmie udział w jednej z lekcji, na jaką dawniej uczęszczały wszystkie poznańskie uczennice. Jeśli jesteście ciekawi, co znajdowało się w standardzie żeńskiego nauczania na początku XIX w. – zachęcamy do wzięcia udziału w naszej grze.

Otagowane , ,

Sidonie Werner

Obrazek

Sidonie Werner urodziła się w Poznaniu 16 marca 1860 roku. Pochodziła z żydowskiej, pobożnej, ale wykształconej i otwartej rodziny kupieckiej, która później przeprowadziła się do Hamburga. Tam Sidonie ukończyła seminarium dla nauczycielek.

W 1904 roku założyła wraz z Berthą Pappenheim, znaną tez jako „Anna O.”, pierwszą pacjentką Freuda, Żydowski Związek Kobiet (Jüdische Frauenbund). Organizacja ta dążyła do równouprawnienia kobiet w gminach żydowskich, poprawy ich sytuacji w pracy zawodowej oraz w kwestii edukacji. Szczególnie ważnym celem była walka z prostytucją i handlem żydowskimi kobietami przemycanymi ze wschodniej Europy, szczególnie z Galicji, i sprzedawanymi do Ameryki Południowej. ŻZK prowadził kampanie informacyjne, walczył o ochronę prawną kobiet oraz rozwinął działalność żydowskich misji dworcowych (Bahnhofsmission), obok istniejących już podobnych akcji katolickich i protestanckich. Wolontariuszki dyżurowały na dworcach kolejowych i w portach, służąc radą i pomocą ubogim dziewczętom, potencjalnym ofiarom handlarzy. Jako znak rozpoznawczy nosiły specjalne szarfy (katoliczki biało-żółte, protestantki z różowym krzyżem na białej wstążce, natomiast żydowska misja była oznaczona Gwiazda Dawida).

Sidonie nigdy nie wyszła za mąż. Uważała, że „najlepszym posagiem dla żydowskiej dziewczyny było i pozostanie wykształcenie zawodowe”. Wzywała do porzucenia podwójnych standardów moralnych: „Również naszych synów wychowujmy w cnocie, nie tylko córki”. Zmarła w 1832 roku, miesiąc przed końcem Republiki Weimarskiej. Israelitisch-humanitäre Frauenverein żegnał ją słowami: „Wielkie i wszechstronne jest dzieło Sidonie Werner!”.

6 października pokażemy Wam ukryte i zapomniane miejsce, gdzie gromadziły się poznańskie Żydówki, tak jak Sidonie Werner, łączące tradycję z emancypacją i nowoczesnością.

                      Obrazek

Otagowane

JOHANNA BADE – cuda w Poznaniu

Ostatnie diakonisy opuściły Poznań na początku 1945 roku (po prawie 80 latach działalności) i znalazły schronienie w małej miejscowości Fuerstenwalde, blisko niemieckiej granicy. Dziś nie żyje już żadna z poznańskich diakonis, pamięć o nich prawie zaginęła, nie istnieje też żadna tablica upamiętniająca ich bytność w naszym mieście.

My od-pominamy jedną (pierwszą i zarazem najważniejszą) z nich – Johannę Bade, która przez ponad 40 lata była przełożoną poznańskich sióstr diakonisek. Doskonale władała językami niemieckim i polskim, uchodziła za pionierkę pielęgniarstwa; znana była jako skromna, lecz nad wyraz odważna kobieta, której nie straszne były pertraktacje z najwyższymi dygnitarzami miasta, biskupami czy uznanymi lekarzami. Na jej pogrzebie w 1911 roku (zachowało się zdjęcie!), który przypadł dokładnie w dniu jej 80 urodzin, zebrali się najwyżsi duchowni, władze miasta, wojsko, siostry diakonisy oraz tłumnie przybyli pacjenci i mieszkańcy miasta. Nic dziwnego, bowiem jako kobieta –  w dodatku w XIX-wiecznym Poznaniu, garnizonowej stolicy prowincji pruskiej – zdziałała niemal cuda. Była inicjatorką trzech szpitali, dwa z nich to potężne szpitalne kompleksy, w których leczyli się wszyscy poznaniacy, bez względu na narodowość i wyznanie. Kojarzycie Szpital Kliniczny przy zbiegu ulic Grunwaldzkiej i Przybyszewskiego? To właśnie dzieło Johanny Bade.

6 października będziecie musieli jednak dotrzeć do innego (niezachowanego już niestety) szpitala – zapewne zdziwicie się, co stoi dzisiaj na jego miejscu… Pokażemy Wam także plac, na którym stał oryginalny kościół ewangelicki, ironicznie nazywany przez poznaniaków „portkami księdza“ – to tam właśnie Johanna Bade odkryła swoje powołanie do służby diakonicznej. A Wasze zadanie będzie wymagało pewnych zdolności manualnych… 🙂

Otagowane , , ,